Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
dobre
W krainie hidżab i nie przyzwoicie dobrego jedzenia
autor: Katarzyna Rapczyńska i Maciej Lubieński
dodane: 2007-12-04
termin-wycieczki: 04.09-18.09.2007
“Here, it’s present for you :)”, “Wow, thanks!”, “And where is present for me…?” - Tak za pomocą prostego dialogu można opisać przeciętnego Egipcjanina.

Egipt – państwo które corocznie odwiedza kilka milionów turystów ale jakże jest one odmienne dla zwykłego Europejczyka. Świat który rządzi się własnymi prawami nie zrozumiałymi dla nas, zwykłych turystów. Nasza przygoda odkrywania tego kraju islamskiego na dobre zaczęła się 4.09.2007r.

Po 3,5 godzinach lotu linniami LOTUS AIR z lotniska Okęcie wylądowaliśmy w Hurgadzie. Ciepło nagrzanego do 40 stopni powietrza od razu dało nam się we znaki. Na szczęście dla nas zaczynał się już czas zimowy i ciepły wiatr niwelował objawy upału. Tam na miejscu za „pomoc” we włożeniu bagażu do autobusu obowiązkowy bakszysz zwykle w wysokości 1$. Po krótkiej podróży tymże autobusem dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia – Safagi, hotelu Menaville. Sam hotel wywarł na nas bardzo pozytywne wrażenie, bardzo zadbany ogród, czysta plaża i utrzymanie pokoi w codziennej czystości, a także dość urozmaicone dania na śniadania i kolacje w formie szwedzkiego stołu sprawiały, że turysta z przyjemnością przebywał na terenie hotelu. Do wyrobu mieliśmy trzy rodzaje śniadań: angielskie, kontynentalne i regionalne. Jedliśmy naleśniki z bananem i czekoladą, francuskie ciasta, mleko z musli, mace, pomidory zapiekane w serze, zielone i czarne oliwki, jajka w różnej postaci, sałatki z serem feta oraz wiele wiele innych dań. Na kolacje podawano ryże i makarony w różnej postaci, pasty z sosem, kuskus, sałatki warzywne, surowe owoce, smażoną jagnięcinę polewaną ostrym sosem i skraplaną limonką oraz różne rodzaje zup. Na deser mieliśmy do dyspozycji słodkie galaretki i rozmaite gatunki ciast.

Nieco odmiennie prezentował się teren poza hotelem. Wdzierający się piach na ulice i pełno małych śmieci walających się po drogach czy poboczu a do tego nie sprzątanie po jakich kolwiek robotach budowlanych czy też walające się zepsute opony na poboczach stwarzały niezbyt miły obraz Egiptu.

Egipt naprawdę robi wrażenie, człowiek na każdym kroku jest zaskakiwany ludźmi, ruchem ulicznym, sklepami, zabytkami. To dzikie tereny, tak charakterysyczne dla państw muzułmańskich. Safaga ma dwa skrajne oblicza po dwóch stronach ulicy. Patrząc w stronę „centrum” po lewej rozciąga się kompleks hoteli z przepiękną wyrzeźbioną plażą, błękitnym morzem, palmami i architekturą w stylu Ameryki Łacińskiej. Po prawej stronie w oddali widzimy niewyraźne pasmo górskie. Na pierwszy plan wysuwają się piach i kamienie, po których dzielnie stąpamy w drodze do osamotnionego marketu.

Przed przyjazdem do Egiptu wiedzieliśmy że trzeba się targować dokonując zakupu w sklepikach z pamiątkami. Jednak że nie sądziliśmy że to jest aż tak trudne. Przekonaliśmy się o tym już drugiego dnia pobytu gdy weszliśmy do pobliskiego sklepu kupić okulary przeciwsłoneczne. Pierwszy dzień zakupów okazał się kompletnym nieporozumieniem. Jakże miły i rozradowany właściciel tegoż sklepiku powitał nas w swych progach, rzucając przy tym łamaną polszczyzną kilka zwrotów typu „dzień dobry”, „jak się masz” czy „masz piękne oczy”, itp… Miał szeroki wybór przedmiotów, zaproponował nam abyśmy sobie je obejrzeli i zastanowili się nad nimi. Zachęcając nas okrzykiem „best price for you” w międzyczasie pobiegł do drugiego sklepu po wspomniane okulary, gdyż sam ich nie posiadał. Finał był taki, że zamiast kupić „beautiful sunglasses” opuściliśmy sklep z dwiema torbami wypełnionymi po brzegi różnymi arykułami. Żadne z nas do końca nie wiedziało jak to się mogło stać. Chwila rozmowy, wymiana uścisku dłoni i to – w krzywym zwierciadle – ponawiane pytanie, które zdążyliśmy znienawidzić: „Jag sze masz?”

Egipcjanie to przewrotni ludzie. Pozornie wyglądają na roześmianych poliglotów, którzy mówią każdym językiem, znają nazwę każdego polskiego miasta i imię każdej polskiej dziewczyny. Poczym, gdy przychodzi do reklamacji jakiegoś towaru, okazuje się iż niewiele rozumieją, rejestrują co piąte słowo i tak naprawdę dalsza komunikacja nie ma najmniejszego sensu. Ale warto było zdobyć to doświadczenie, choćby po to, aby przekonać się, co ciekawego kryje się za szybą arabskiego sklepiku. Półki wypełnione są rozmaitym towarem. Wśród pamiątek znajdują się na przykład szklane flakony na perfumy, imitujące pod względem struktury – kryształ, a pod względem koloru – złoto. Ponadto można sobie sprawić papirusy z wizerunkiem Sfinksa, koszulki z Tutenhammonem, bądź wielbłądem palącym sheeshe, ręczniki z piramidami, arafatki, a nawet całe stroje należące do tradycyjnej egipskiej mody. Byłem na tyle zadowolony ze nie musiałem się głowić zbytnio nad zakupem tradycyjnych pamiątek z Egiptu. W ciągu następnego dnia zapisaliśmy się na wycieczki fakultatywne: Jeep Safari, 2 dniowy Kair, Luxor Blue Trip, oraz .Glass Boat.

Wycieczka Jeep Safari z czego samo “safari” nie wiele ma wspónego z programem wycieczki, rozpoczęła się wczesny rankiem. Tuż przed godziną 9 wyruszyliśmy małym busem do miejsca postoju gdzie zebrała się większa grupa turystów z innych krajów. Po około godzinie oczekiwania wyruszyliśmy Jeepami na rajd po bezdrożach, słysząc okrzyk kierowcy “opa opa” od czasu do czasu fundował nam podskakiwanie po górach i dołach do wioski Beduinów. Naszym jeepem jechały jeszcze dwie Polki oraz niemiecka rodzina. Wśród innych turystów byli również cudzoziemcy – Francuzi, Niemcy i paru Turków.

Na przywitanie dostaliśmy ich tradycyjną herbatę z hibiskusem. Popijając ją słuchaliśmy opowieści przewodniczki dzięki której poznaliśmy historię ludzi pustyni. Poza tym na własne oczy ujrzeliśmy prawdziwe ich życie, pełne trosk i zmartwień, życie które w Polsce jest trudne do wyobrażenia. Mężczyźni pracują poza domostwami a kobiety w siedzą w domu a właściwie w chatach z całości zrobionych ze słomy i zajmują się jak że ciężką pracą domową, opieką nad dziećmi, hodowlą zwierząt i wyrobem jedzenia jak że bardzo skromnego zrobionego z mleka, wody i mąki. Żebrzą wokół dzieci chociaż o jakiś batonik, puszkę coli czy nawet o jednego dolara, co powoduje ucisk w dołku i smutek. Na szczęście niektórzy turyści którzy tam przyjechali wspierali tych biednych ludzi. Powracając jednak do wycieczki, przejażdżka na wielbłądach była miłym przeżyciem choć dość szybkim bo wędrówka w obie strony trwała nie więcej niż 10 minut. Po zwiedzeniu obszaru wokół wioski udaliśmy się na wykwintną kolacje przygotowaną tylko dla turystów. Widziałem jak niektórym z mieszkańców leciała przysłowiowa ślinka na widok tych pyszności.

Przewodniczka zaprowadziła nas do szałasu pewnej kobiety, która wyrabiała tradycyjną egipską macę. Węgiel na opał zastępowały jej wielbłądzie odchody.Chwilę potem weszliśmy do jednego ze sklepów, gdzie znajdowały się wyroby jubilerskie i różne zioła lecznicze. Na zewnątrz pewien mężczyzna leżał na murku. Wyraźnie czuliśmy, iż on dobrze wie, że właśnie robimy mu zdjęcie. Nieopodal znajdował się zlepki kolejnego szałasu, na ściankach którego wisiały beduińskie papirusy. Malowały je – matka, której twarz była całkowicie zasłonięta oraz córka, która z powodu nagminnej obecności turystów nie często ma okazję ujrzeć twarz swojej matki. Te i inne fragmenty mamy nadal w pamięci: chłopiec na osiołku, chłopiec prowadzący kózkę która lekko mu się opiera czy jazda na wielbłądzie. Czego chcieć więcej?

Pod koniec wycieczki nastąpiło dzikie szaleństwo w postaci tańców i arabskich śpiewów. Szybko zapadał zmierzch i nadszedł czas powrotu do Safagi. Po drodze zatrzymaliśmy na pustyni aby podziwiać niebo rozświetlone przez gwiazdy. Wielki Wóz, Maly Wóz i Droga Mleczna przepięknie oświetlały nam trasę i tak około 22.00 wróciliśmy do hotelu.

W następnych dniach wygrzewaliśmy się na plaży pod osłoną parasoli i porządnego faktora UV 30 od czasu do czasu zanurzając się w niesamowicie słonym i czystym, Morzu Śródziemnomorskim podziwiając przeróżne gatunki ryb pływające przy rafach koralowych choć już mocno zniszczonych oraz innych mieszkańców którzy zamieszkują te wody. W następnym dniu wyruszyliśmy na podbój stolicy Egiptu – Kairu. Dwudniowa wycieczka do tego miejsca powiększyła nasze bardzo bogate doświadczenia nie tylko o zabytki ale też o handel z Egipcjanami.

Sześciogodzinna podróż autobusem do Kairu dała nam się we znaki. Autokar nie był zbyt luksusowy co dla osób wysokich tak jak ja sprawiało drętwienie nóg z powodu niewielkiej ilości miejsca.Pierwszym planowanym punktem była wizyta w kairskim muzeum, gdzie oglądaliśmy starożytne rzeźby, wizerunki królów, barwną biżuterię i słynny sarkofag Tutenhamona. Poza tym muzeum posiadało liczne wyroby z brązu i złota. Kolejno zwiedziliśmy muzeum Hosniego Mubaraka, prezydenta Egiptu, który udostępnił pokaźną kolekcję w przeważającym kolorze złota. Wśród niej znajdowały się: miniaturowy pałac prezydencki, zastawa stołowa i sztatułka-pułapka – zawierała dwa otwory na kluczyki, z których tylko jeden był prawdziwy, drugi zaś powodował automatyczny wysuw pistoletów z owej szkatułki i rozstrzelenie złodzieja. Po spotkaniu z „historią” zjedliśmy obiad w restauracji Hard Rock, której wystrój stanowiły między innymi oryginalne spodnie Elvisa i wiadomość o oczekiwanym przyjeździe Shakiry. Gigantyczne hamburgery z frytkami jeszcze bardziej okrasił widok na rzekę Nil.

Następnym elementem wycieczki była wizyta w wytwórni papirusów. Tam ze szczegółami poznaliśmy sposób ich tworzenia zarówno w teorii – Mohamed nasz przewodnik, z nienaganną polszczyzną zdradzał tajniki produkcji – oraz w praktyce – w tym czasie jego arabska asystentka prasowała papirusowe paski. Pod wieczór czekała nas ewentualna wycieczka po Nilu, na którą jednak nie pojechaliśmy, bo kosztowała 25$. W samym tym czasie Mohamed gorąco zachęcał do kupna złoto-srebrnych kartuszy z naszymi imionami wygrawerowanymi w języku staro-arabskim. Z tego także nie skorzystaliśmy.

Kiedy pozostali uczestnicy wycieczki udali się w rejs po Nilu, my wyszliśmy z hotelu w poszukiwaniu kuka kuli (tak bowiem po arabsku brzmi coca cola). Przejście na drugą stronę ulicy wiązało się z nie lada wyczynem. Trzeba było długo czekać przy krawężniku na potencjalnego Egipcjanina, który podobnie jak my, będzie chciał przebiec przez jezdnie. Wówczas gdy się takowy znalazł - my - trochę entuzjaści, trochę ryzykanci - podążyliśmy za nim i w ułamku sekundy byliśmy już po obranej za cel stronie ulicy. Każdy europejczyk może zapomnieć o wyuczonych zasadach przepisów drogowych bo Egipcjanie mają swoje własne przepisy. Kierowcy mają swój własny system ostrzegawczy. Za dnia porozumiewaja się za pomocą klaksonu, po zachodzie Słońca używają świateł pozycyjnych a gdy zapadną egipskie ciemności – świateł drogowych. Każdy turysta chcąc tam prowadzić samochód musi uzyskać stosowne pozwolenie od tamtejszych władz policyjnych.

Wygląda na to, że parkowanie przed sklepem nie wymaga specjalnie wysiłku. Choć egipscy kierowcy nie specjalnie przestrzegają przepisów, światła uliczne są ustawione czasowo co jest dobrym rozwiązaniem dla niecierpliwych. Ruch uliczny w stolicy jest nieubłagany. Żeby przejść przed jezdnię trzeba mieć dużo odwagi lub cierpliwości. To co nas zaskoczyło to kładka, z której naprawdę oni korzystali, Z kolei wśród licznych modeli samochodów można było wypatrzyć samochody ze wszystkich stron świata a nawet polskiego Poloneza.

Rankiem zeszliśmy na śniadanie. Okazało się, że większość miejsc była już zajęta przez gości z Azji więc rozłożyliśmy się ze śniadaniem na jednym z leżaków basenowych. Kasia wykorzystała okazję, jako że jest miłośniczką kultury wschodu, i wdała się w długą rozmowę z Jeanine – turystką z Singapuru. Po śniadaniu, wyruszyliśmy na najważniejsze spotkanie z historią.
Ogromne piramidy zrobiły na nas wrażenie. Emocje związane z gwałtownym przeżyciem zmysłowo-intelektualnym spowodowały, że ta trójkątna budowla z przed ponad czterech tysięcy lat wyrosła przed nami jakby znienacka. Gdy tylko udało nam się ochłonąć i powrócić do upalnej rzeczywistości, wyszliśmy z autokaru i ustawiliśmy się w kolejce. Policjant pilnujący porządku niedaleko piramid w Gizie spokojnie dosiadał wielbłąda. Po chwili można już było się rozejść i obfotografować piramidy z każdej z możliwych stron.

Sfinks wywarł na nas jeszcze większe emocje, choć był nieosiągalny. Konserwatorzy zabytków odgrodzili go od turystów kilkumetrową przepaścią, tak że nie można go było dotknąć. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – mamy wspaniałe zdjęcia z perspektywy, na których widać jak nasze usta stykają się z ustami Sfinksa.

Pomimo ostrzeżeń Mohameda przed nachalnymi mieszkańcami daliśmy się nabrać jak małe dzieci. Nie wiedząc kiedy wyrosło przy nas dwóch arabów a po chwili mieliśmy zawiązane na głowach chusty a jeden z nich robił nam już zdjęcia na tle piramid i wielbłąda. Za tą usługę z dobrego serca wyciągnąłem plik banknotów i wyjąłem z niego 20 funtów. To był mój błąd, Egipcjanin wziął te 20 funtów i zabrał resztę z drugiej mojej ręki gdzie było jeszcze 50 funtów. Taka to była cena za ich fatygę zrobienia sześciu zdjęć choć dla nas jakże cennych.

W Kairze największą radość sprawiło mi obserwowanie jego mieszkańców. Ich stroje, styl bycia, a także niezwykłe wykonywanie zwykłych czynności. Ortodoksyjni Arabowie nie podążają za modą i noszą tradycyjne arabskie stroje. Islamska chusta jest nieodłącznym elementem kobiecego stroju i jednocześnie ważnym symbolem religijnym. Patrząc na kobiece ubrania zauważyliśmy, że w Kairze również pasuje moda na grochy. Egipcjanki dobrze o tym wiedzą i świadomie bawią się strojem, potęgując laicyzm wśród niektórych turystów.

Centra handlowe w Kairze wypełnione są przede wszystkim kolorowymi ubraniami, złotą i srebrną biżuterią oraz materiałami krawieckimi. To głównie kobiety są stałymi bywalczyniami tego typu miejsc. Ceny są dla nich o wiele niższe niż dla przeciętnego Europejczyka. Większym zaskoczeniem może okazać się spotkanie niebieskookiej blondynki, podczas gdy wszyscy inni mają na sobie hidżab.

Co do arabskiego stylu bycia, moglibyśmy się wiele od niego nauczyć. “Polityka prywatności” wydaje się być dla mieszkańców Egiptu pojęciem mało ważnym. Tutaj każdy załatwia swoją sprawę bez względu na miejsce i obecność innych osób. Nie ma tu także problemu związanego z czasem. To co masz zrobić dziś, możesz zrobić jutro. Sam Kair przeważnie kojarzy się z kinem przygodowym, tymczasem wielbicielom filmów typu “Klejnot Nilu” rzeczywistość wydałaby się zupełnie inna. Z jednej strony galerie, muzea i dzielnice aktorów, z drugiej slumsy z niewykończonymi oknami i dachami tylko po to by nie płacić podatków, blokowce z czerwonej cegły i czyjeś pranie wiszące na zewnątrz.

Gdy ponownie usiedliśmy w autokarze a Mohamed szykował dla nas kolejne turystyczne atrakcje. Jeszcze jedno spojrzenie z autokaru na Nil i już pędziliśmy w kierunku piramidy schodkowej. Po drodze uwieczniliśmy w kadrze miedzy innymi chłopca na osiołku i kilka drzew daktylowych. Gdy byliśmy na miejscu wyświetlono nam film o historii piramidy schodkowej i francuskiego archeologa, który odkrył wiele tajemnic związanych z jej budową.

Przed wyjazdem z Kairu zatrzymaliśmy się na największym bazarze w mieście, gdzie można było kupić dosłownie wszystko – od drogich wyrobów jubilerskich po chusty do tańca brzucha i tureckie dywany. Żeby móc cokolwiek kupić musieliśmy przedrzeć się przez tłumy turystów i przede wszystkim nie dać się wciągnąć podstępem do żadnego sklepu. Kupcy wielokrotnie próbowali tego dokonać, my opuszczaliśmy wzrok na dół i zdecydowanym krokiem szliśmy przed siebie. Tak kolorowego, pełnego przepychu miejsca w życiu jeszcze nie widzieliśmy. Szybki spacer zaowocował kupnem pluszowego wielbłąda, którego utargowaliśmy za pięć dolców, a za którego sprzedawca żądał pierwotnie dwadzieścia pięć.

Następną zaplanowaną wycieczką była „Glass boat”. Kilkunastometrowy statek ze szklanym dnem ruszył w głąb Morza Czerwonego. Zanim wszyscy znaleźli się na otwartej przestrzeni, trzeba było zająć przyzwoitą miejscówkę, by móc rozkoszować się pięknem podwodnego świata. Nadzieje na obserwację barwnych koralowców i rozmaitych gatunków ryb okazały się złudne. Przez szybę można było jedynie dostrzec szaro-zieloną i brokuło podobną roślinność. Z minuty na minutę pojawiały się pierwsze rybki, lecz sprytnie wtapiały się w swoje otoczenie. Niektóre były żółto-czarnej barwy, inne pasiaste. Turyści, w tym także my, zajęli się filmowaniem egzotycznej flory i fauny. Najwięcej aparatów fotograficznych znajdowało się w rękach Azjatów, którzy stanowili na statku dość liczną grupę. Po wyjściu na powierzchnię łodzi czekał na nas występ egipskich trupy teatralnej. Artyści mieli na twarzy afrykańskie maski, grali na bębnach, trąbce i zachęcali młode dziewczyny do tańca brzucha. W zamian oferowali prezenty w postaci oryginalnych plakatów i kalendarzy. W zabawie najchętniej uczestniczyły Rosjanki, Słowaczki i Niemki. Polki i Czeszki były raczej zdystansowane. Po występach dobiliśmy do brzegu i pozostały już tylko ciekawe wspomnienia.

„Blue Trip” była o wiele bardziej wyczerpującą wycieczką, gdyż trwała od godziny ósmej do szesnastej. Wcześnie rano wyruszyliśmy w długi rejs po Morzu Czerwonym. Celem naszej podróży był pobyt na wyspie Utopia. W czasie rejsu dwa godzinne postoje przeznaczono na nurkowanie z obserwowaniem ryb i raf koralowych. Kąpiel w wodzie zabrała nam tak wiele energii, że jak przystało na rasowych wilków morskich od razu dopadł nas wilczy apetyt. Maca, ryż, frytki i ryba rzucona na ruszt – co innego można było spożywać na statku pełnym niecierpliwych turystów?

Po pewnym czasie statek dobił do brzegów niewielkiej wyspy. Widać było, iż jest mocno oblegana przez poszukiwaczy przygód. Aby zejść na ląd trzeba było jeszcze dopłynąć dodatkową łodzią i przejść krótki odcinek wody. Rzecz warta zachodu. Gdy postawiliśmy stopę na gorącym piasku, zatoczyliśmy wzrokiem koło i poczuliśmy się niemal na krańcu świata. Dookoła było tylko morze i parę jachtów o nazwach takich jak Esma czy Ramadan. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego jak bardzo zacierają się granice terenu pomiędzy lądem a morzem. Z daleka wygląda to jak mocno zarysowana linia żółtego piasku, która nie pozwala wdzierać się słonym wodom. Tymczasem spacerując po Utopii uświadomiliśmy sobie, że plaża zawiera w sobie niesłychaną ilość małych basenów Morza Czerwonego, płytkiej wody i wodorostów, topiących piach. Po prostu tworzyło się swego rodzaju błoto. Dopadła nas chwila relaksu i melancholii i nim zdążyliśmy się zorientować nadszedł czas powrotu.

Ostatnią wycieczką przewidzianą w programie był „Luxor”. Długa wyczerpująca podróż średnio klimatyzowanym autokarem, krótki postój i zdjęcie z małym aligatorem – oto co zostało nam w pamięci po podróży do największego egipskiego miasta zabytków. Wjechaliśmy w jedną z biedniejszych dzielnic w Luxorze. Miasto budzi sprzeczne uczucia. Z jednej strony Dolina Królów, Świątynia Hatszepsut i historyczny kult. Z drugiej piach wdzieracy się w asfalt i dzieci biegające samowolnie po ulicy w jaskrawych strojach, które szybko tracą swą barwę. Moją uwagę przykuł chłopiec, lat około pięciu, ubrany w pistacjowo-czerwone wdzianko, który trzymał sznurek który oplatał siostrę w biało-niebieskiej sukieneczce, rówieśniczkę. Widać, dzieci Afryki nie mają zbyt wielu zabawek, podpierają się wyobraźnią. Smutny byłyby jednak fakt, gdyby okazało się, iż od tak młodego wieku kultywuje się tradycje patriarchalne.

Żeby nie oszaleć z duszności w Luxorze trzeba było się odpowiednio zabezpieczyć. Przede wszystkim najważniejsza informacja: 40 stopni w cieniu. Zadbaliśmy więc o wszystkie potrzebne drobiazgi, czyli chusteczki, kapelusz, okulary, chłodząca mgiełka do ciała i rzecz jasna – duża butelka wody mineralnej. W ten sposób udało nam się przetrwać, a nawet wysłuchać łamanej polszczyzny kolejnego przewodnika, który prawił o starożytnym Egipcie. Podziwialiśmy pradawne pismo wyrzeźbione w skałach, monumentalne rzeźby sprzed dwóch tysięcy lat przed Chrystusem. Do Doliny Królów dojechaliśmy turystycznymi samochodzikami. Dolina położona na terenie Teb Zachodnich była miejscem pochówku królów panujących od XVIII do XX dynastii. Malarstwo, które znajdowało się wewnątrz wykutych w skale grobowców było tym jakie mamy okazję widzieć w podręcznikach historii. Do najbardziej znanych grobowców należą: Grobowiec Tutanchamona, Seti I, Amenhotepa II, Ramzesa IV i Ramzesa V i Ramzesa VI.

Kolejnym miejscem jakie odwiedziliśmy była Świątynia Hatszepsut, budowla sakralna zbudowana u stóp gigantycznej ściany skalnej w Deir el Bahari w XV wieku przed naszą erą. Królowa Hatszepsut była uważana za jedną z największych władczyń na świecie, choć we własnym kraju przedstawiano ją jako faraona płci męskiej. Hatszepsut będąc kobietą ale nosząc męski tytuł królewski i sprawując władzę tradycyjnie od wieków przynależną mężczyznom była zmuszona czynić wiele starań dla uprawomocnienia swych rządów. Zasłynęła z dokonań budowlanych znacznie liczniejszych i okazalszych niż jej poprzedników, władców Nowego Państwa. Stopniowo przeistaczała się w męskiego faraona. Przyjmowała insygnia władzy takie jak: chusta chat, ureusz i ceremonialna sztuczna broda. Wiele statui ukazuje ją na wpół żeńskiej i męskiej postaci.

Na koniec odwiedziliśmy słynną fabrykę alabastru, gdzie udało nam się nabyć figurkę skarabeusza i kota, a sprzedawca zszedł z 300 funtów na 100. Przed wejściem widzieliśmy mężczyznę ręcznie wyrabiającego alabaster i dziewczynkę przyglądającą się turystom. Po wyjściu z fabryki zaczepił nas rozradowany tubylec i z miejsca podarował nam kawałek alabastru w surowym stanie. Olśniło nas. Był to pierwszy egipski, bezinteresownie podarowany prezent, za który nie trzeba płacić. To jedynie fikcja, bo w tym momencie czar prysnął i nasz arabski przyjaciel zapytał gdzie mamy prezent dla niego. Nie pozostało nam zatem nic innego jak tylko sięgnąć do kieszeni po ostatnie jednodolarówki i wręczyć je wydrwigroszowi. Po obiedzie kupiliśmy w restauracji piwo “Luxor” za 15 funtów egipskich, co okazało się kolejnym przepłaconym zakupem. W drodze powrotnej autokar zatrzymał się na postoju i mieliśmy niepowtarzalną okazję zfotografować kobietę o hipnotyzujących oczach, której twarz chowała się pod czarną hustą. Obok niej stał osiołek, na którym siedziała mała koza.

Ostatnie dni wakacji spędziliśmy na plażowaniu, nurkowaniu w „pogoni” za florą i fauną Morza Czerwonego i rozkoszowaniu się widokiem rozciągających się wzdłuż hotelu palm. W nocy z siedemnastego na osiemnastego wyruszyliśmy autokarem z potworem do Hurgady, by tam na lotnisku ponownie zawitać w LOTUS AIR.

Egipt, za sprawą swej dziwności i nietypowego stylu życia, wyrzeźbił w naszych umysłach indywidualny sposób patrzenia na kraje islamskie. Mieliśmy i nadal mamy na ten temat mieszane uczucia. Być może Tunezja i Turcja, które mamy w planach na przyszłe wakacje, tylko te uczucia umocnią. Jednak podróżnicy są zdania, że żadne państwo nie zapada w pamięć na tyle mocno, jak czyni to kraj piramid i nieprzyzwoicie dobrego jedzenia.
 
Zobacz także
Cleopatra Tsokkos
Hotel *** BB
Cena: 1551 zł
15.05 - 22.05
Al Diwan
Hotel *** HB
Cena: 0 zł
02.05 - 10.05
forum EGIPT
FORUM [EGIPT]